wtorek, 24 listopada 2015

Rozważna czy romantyczna? - Anna Karpińska


Miło jest się czasami pozytywnie rozczarować. Mimo że nie znałam wcześniej twórczości Anny Karpińskiej, a do tego okładka i opis nie do końca do mnie przemawiały, to „Rozważna czy romantyczna?” okazała się naprawdę dobrą powieścią obyczajową. W sam raz na długie jesienne wieczory, gdy za oknem zimno i nie chce się wychodzić spod ciepłego koca. :-)

Akcja powieści rozpoczyna się dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia. Natalia, podekscytowana randką z ukochanym Brunonem, zastanawia się nad wyborem sukienki. Czerwona czy czarna? Romantyczna czy klasyczna? – to pierwsze nawiązanie do tytułu książki. Rozmyślania przed lustrem przerywa wiadomość od Andrzeja, byłego męża Natalii, który niespodziewanie zamierza ją odwiedzić.

Z opisu na okładce wiemy, że wkrótce potem dochodzi w okolicy do śmiertelnego wypadku. Tylko kto zginął? Bruno czy Andrzej? Autorka zamiast dać jednoznaczną odpowiedź, przenosi nas w czasie dwa lata wstecz, kiedy główna bohaterka znalazła się na życiowym zakręcie. Bez pracy, perspektyw, w nieplanowanej ciąży, zaczęła układać sobie życie na gruzach dotychczasowego, przy okazji wikłając się w skomplikowane relacje z dwoma wspomnianymi mężczyznami…

Mocną stroną tej książki są drugoplanowi bohaterowie, którzy w ciężkim okresie życia pomagają Natalii. Autorka unika stereotypów w postaci przyjaciela geja lub szalonej koleżanki. Za to kreuje prawdziwsze charaktery silnych kobiet: realistki Anki, nadopiekuńczej Nadii i pomocnej Marii. Dzięki nim Natalia (plus za pogubioną, ale mało irytującą główną bohaterkę) uwierzy, że zawsze da się zacząć od nowa.

Nietypowym zabiegiem jest wplecenie w historię motywu poprzedniej książki Anny Karpińskiej pt. „Chorwacka przystań”. Natalia znajduje ją w formie rękopisu w szufladzie zmarłej mamy i postanawia wydać. A to otwiera przed nią nowe perspektywy, z czasem prowadząc nawet do Dubrownika, którego piękną panoramę ze wzgórza Srd mam wciąż przed oczami. Mam do tego miejsca szczególny sentyment, dlatego z przyjemnością chłonęłam malownicze opisy tamtejszej uroczej starówki.

Książka jest w ogóle bardzo zgrabnie napisana. W miarę zagłębiania się w treść miałam jednak wrażenie, że jest trochę „przegadana”. Zamiast 480 stron, wolałabym przeczytać 380 i odłożyć ją z uczuciem niedosytu. Niestety, pod koniec zamiast ekscytacji odczuwałam już lekkie znużenie. Odbieram to jako minus, ale drobny, do wybaczenia. :-) Na pewno nie przesłania mi to całej ciekawej treści. A jest ona na tyle sympatyczna, że chciałabym przeczytać też kolejne książki Anny Karpińskiej.

Ulubiony cytat:

„Na harmonię dnia codziennego metodą jest wyłącznie szczerość”. 

Tytuł: „Rozważna czy romantyczna?”          
Autor: Anna Karpińska 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka  
Data wydania: 12 listopada 2015             
Ilość stron: 480  
Moja ocena: 7,5/10

czwartek, 19 listopada 2015

Kalendarze - Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Gdyby ktoś zapytał mnie o ulubionych polskich pisarzy, wymieniłabym w ścisłej czołówce Małgorzatę Gutowską-Adamczyk. Dotąd byłam zachwycona jej książkami, na czele z niesamowitą sagą „Cukiernia pod Amorem”. Nie miałam więc wątpliwości, że nowa powieść autorki także powali mnie na kolana.

Ideą „Kalendarzy” było przedstawienie uroku dzieciństwa, bez ekranu telewizora czy komputera. Bez oglądania świata zza szyby samochodu rodziców, ale za to spędzania czasu prawie wyłącznie na łonie natury. Okazją do wspominania błogich chwil czasów PRL staje się dla autorki wyprowadzka syna. Snucie się po opuszczonym domu sprawia, że myślami wraca ona do momentu, kiedy miała 6 lat i właśnie urodziła się jej siostra. 

Z jednej strony koncepcja książki jest ciekawa. Z zainteresowaniem czytałam o wszystkich niuansach PRL. Chociażby o tym, że młodzież zakładała na pochód pierwszomajowy najmodniejsze wówczas pepegi (tenisówki produkowane przez Polski Przemysł Gumowy) lub że w zakładach kosmetyczno-fryzjerskich istniały… stanowiska repasacji pończoch. Siedząca tam przy maleńkim stoliczku pani łatała szydełkiem dziury w nylonowych pończochach. Rajstopy nie były jeszcze wtedy dostępne, dlatego fach repasatorki miał się całkiem nieźle. :-) 

To niestety nieliczne „smaczki”, które udało mi się wyłapać z książki. Spodziewałam się ich więcej, podobnie jak liczyłam na sentymentalną podróż do czasów, które już nie wrócą. Niestety, o ile autorka zachowała swój piękny styl pisania, o tyle cała magia jej dotychczasowej prozy, akurat w „Kalendarzach” uleciała.   


Może jest trochę tak, że niektórzy pisarze potrafią kreować fantastyczną fikcję literacką, a ciężej przychodzi im pisanie o sobie? W tej opowieści o dzieciństwie zabrakło mi wielu elementów: nostalgii, czułości, detali i wyjątkowych wspomnień. Rzekłabym nawet, że powieść napisana jest trochę oschle. Przejawia się to m.in. w tym, że Małgorzata Gutowska-Adamczyk wspominając siebie sprzed lat, pisze w trzeciej osobie. Nazywa siebie „małą” lub „dziewczynką”, a o babci pisze „kobieta”. Stwarza tym niepotrzebny, moim zdaniem, dystans. 

Kolejną dyskusyjną kwestią jest brak jakiejkolwiek akcji połączony z brakiem dokładnego przedstawienia członków rodziny. Zamiast uwypuklenia ich charakterystycznych cech czy przyzwyczajeń, większa uwaga skupiona jest na nużących szczegółach, w tym na kilkustronicowym opisie topografii miasteczka.

Chwilami miałam wrażenie, że autorka nie napisała „Kalendarzy” dla czytelników, ale dla siebie i rodziny. By przedstawić im jak najwięcej szczegółów z dawnych lat i by jak najwięcej rzeczy ocalić od zapomnienia. Niewątpliwie jest to dla nich piękna pamiątka. Niemniej zabrakło mi tu przestrzeni dla czytelnika i tego nieuchwytnego „czegoś”, co posiadały niemal wszystkie poprzednie rewelacyjne książki Gutowskiej-Adamczyk.



Ulubione cytaty: 

„Najgorsza w starzeniu jest chyba nieodwołalna utrata poczucia nieśmiertelności”. 

„Kiedy koncentrujemy się na własnym działaniu, mamy szansę odczuć czas, gonimy go, starając się wyprzedzić, ale doświadczamy każdej sekundy. Kiedy uciekamy w inną realność, książkę, film, Internet, nasze doświadczenie czasu słabnie, jak podczas snu. Czas mija wtedy niezauważenie”. 

Tytuł: „Kalendarze”         
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 
Data wydania: 24 września 2015            
Ilość stron: 285 
Moja ocena: 5/10

niedziela, 15 listopada 2015

A potem przyszła wiosna - Agnieszka Olejnik


„A potem przyszła wiosna” jest pochwałą prostego życia. Takiego bez wielkich pieniędzy, kariery czy mieszkania w centrum dużego miasta, ale za to w zgodzie z naturą i drugim człowiekiem. Było to moje pierwsze spotkanie z prozą Agnieszki Olejnik. I muszę przyznać, że nie od razu się zachwyciłam. Dopiero po około stu stronach doceniłam powoli rozwijającą się fabułę oraz wartościowe przesłanie tej najnowszej w dorobku autorki książki.

Kiedy poznajemy Polę Gajdę, jest wziętą aktorką w Warszawie i kobietą zakochaną po uszy w narcystycznym aktorze Grzegorzu. Patrząc na nią z boku, można powiedzieć, że osiągnęła wszystko. A jednak nie jest szczęśliwa. Jej sytuację idealnie obrazuje jedna z początkowych scen, kiedy Pola przyznaje sama przed sobą, że jeśli już mają z ukochanym chwilę, to więcej czasu spędzają patrząc w lustro niż na siebie nawzajem.

Pusta egzystencja, szybkie tempo, branżowe imprezy, pozowanie na ściankach, płytki związek – to codzienność Poli, która kończy się wraz z szokującą informacją w gazecie. Prześladujący ją paparazzo Konrad zrobił zdjęcia dokumentujące zdradę Grzegorza, co kompletnie załamuje główną bohaterkę. Do tego stopnia, że upija się i postanawia popełnić samobójstwo.


Początkowo myślałam, że pomimo poważnego tematu, książka jest utrzymana w lekkim tonie, jak zresztą większość powieści obyczajowych, które ostatnio czytałam. Nic bardziej mylnego. Próba samobójcza Poli jest wstępem do opowieści o poważnej depresji oraz o budowaniu zrujnowanego życia na nowo. Okazuje się, że zdrada mężczyzny jest jedynie czubkiem góry lodowej problemów Poli. I że realną pomoc uda się jej znaleźć u całkiem obcych ludzi.

Bardzo polubiłam ojca Konrada – statecznego pana Stefana oraz jego pełną energii sąsiadkę Ulkę. Byli doskonałym przeciwieństwem dla karierowiczki Anety – redaktor brukowej gazety, która dla dobrego newsa zrobiłaby wszystko. Podobało mi się też kontrastowe zestawienie pulsującej celebryckim życiem Warszawy z maleńką wsią, gdzie czas jakby stanął w miejscu, a ludzie potrafią odnaleźć spokój i szczęście w prozaicznej codzienności.

Książki nie czytało się szybko, łatwo i przyjemnie, ale w tym przypadku przyjmuję to jako plus. Apatia Poli oraz powolne odkrywanie kart z jej przeszłości wymagało skupienia i na pewno dało mi do myślenia. Cieszę się, że Agnieszce Olejnik, samej prowadzącej spokojne życie na skraju lasu, udało się zawrzeć całą urodę wsi oraz potrzebę dostrzegania uroku w drobiazgach w tej jednej, pięknie napisanej powieści. :-)


Ulubione cytaty: 

„(…) wiele rzeczy na świecie jest tak po prostu. Chyba nie ma co komplikować spraw”.

„Należy żyć tak, żeby komuś dzięki nam zrobiło się w życiu lepiej, ładniej. I jeszcze – trzeba się nauczyć cieszyć drobiazgami, ładnymi przedmiotami, chwilą spokoju, zapachem lasu i tym, co przyniesie kolejny dzień”. 

„Bądź zadowolona – z siebie, ludzi, słońca, zapachu kawy z cynamonem. Z czego tylko się da. Znajdź powód”.

„I to było właśnie cudowne. Że niczego nie można być pewnym. Że za rogiem może na nas czekać coś, na co nie liczymy, czego się nie spodziewamy i w co nie wierzymy”. 

Tytuł: „A potem przyszła wiosna”        
Autor: Agnieszka Olejnik            
Wydawnictwo: Czwarta Strona    
Data wydania: 21 października 2015           
Ilość stron: 389   
Moja ocena: 8,5/10

piątek, 13 listopada 2015

Dar morza - Diane Chamberlain


Do ostatnich stron byłam pewna, że ocenię „Dar morza” 10/10. Książka wciągnęła mnie natychmiast, a przedstawiona historia z każdym rozdziałem była coraz bardziej zawiła. Czytało mi się wprost rewelacyjnie, aż… pozytywny efekt zepsuło zakończenie rodem z brazylijskiej telenoweli. :-)

Fabuła powieści zaczyna się w momencie, kiedy 11-letnia Daria znajduje na plaży noworodka. Od razu zaczyna się akcja ratunkowa, a także spekulacja, kto mógł porzucić dziewczynkę. Zwłaszcza, że Daria ma siostrę, kuzynkę i sąsiadki w nastoletnim wieku, a każda z nich może być potencjalną matką.

Mija 22 lata. Tajemnica tożsamości matki wciąż nie zostaje rozwikłana. Wiadomo, że dziewczynkę adoptowali rodzice Darii, nadając jej imię Shelly. To teraz piękna, młoda kobieta, która cierpi na lekkie uszkodzenie mózgu. Przejawia się ono w naiwności dziewczyny i niemożności właściwej oceny różnych sytuacji. Ponieważ rodzice zmarli, to Daria przejmuje nad nią pełną opiekę.

33-letnia Daria właściwie nie ma swojego życia. Wiecznie martwi się o adoptowaną siostrę i rozpościera nad nią „płaszcz ochronny”. Czy jednak jest szczęśliwa poświęcając wszystko dla drugiej osoby? Życie weryfikuje jej altruistyczne plany, kiedy w okolicy pojawia się dziennikarz Rory, z planem odkrycia, kto jest matką Shelly.

Zagadkowa fabuła intryguje i nie pozwala oderwać się od czytania, dopóki sprawa nie zostaje wyjaśniona. Od początku zastanawiało mnie jednak, czemu brane są pod uwagę właściwie wszystkie młode dziewczyny z sąsiedztwa? Przecież ciąża nie jest stanem, który da się tak łatwo ukryć przed rodziną i sąsiadami. Autorka wytłumaczyła to w ten sposób, że jedna z nastolatek mogła ukrywać ciążę pod obszernymi ubraniami i bluzami…

Trochę to wszystko grubymi nićmi szyte, niemniej, poza tym szczegółem, historia jest bardzo ciekawa. Diane Chamberlain we wspaniały sposób odmalowała małą, nadmorską społeczność i psychologiczne aspekty ukrywania mrocznych tajemnic przed najbliższymi. Doskonałym zabiegiem jest też zestawienie czasu teraźniejszego z przeszłością. A dokładnie tego, kim stali się ludzie, którzy 22 lata wcześniej byli nastolatkami. Jak zmienił ich czas, jak zweryfikowali swoje marzenia, jak wpłynęły na nich skrywane tajemnice – to jest moim zdaniem najmocniejsza strona tej książki.

Do słabych zaliczam niestety zakończenie. O ile cała historia Darii i Shelly jest trochę mroczna, tajemnicza i szalenie intrygująca, o tyle samo zakończenie jest wyjęte jakby z taniego Harlequina. Szkoda, bo mogła to być kolejna, po „Wielkich kłamstewkach”, rewelacyjna powieść z klubu „Kobiety to czytają!”. Tymczasem, za kiepskie rozwiązanie głównej zagadki, stawiam ją na półce powieści dobrych, ale na pewno nie wybitnych. 

Tytuł: „Dar morza”       
Autor: Diane Chamberlain           
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka   
Data wydania: 12 listopada 2015          
Ilość stron: 448   
Moja ocena: 8/10

środa, 11 listopada 2015

Utrata - Rachel Van Dyken


Był taki czas, że niemal na każdym blogu czytałam pozytywną recenzję „Utraty”. To pewnie dlatego, że jej treść jest sztandarowym przykładem popularnego od dłuższego czasu New Adult. Przystojny, bogaty On i wyobcowana, skromna Ona. Oboje mają za sobą trudną przeszłość. Spotykają się w nowym dla jednego z nich miejscu i zakochują w sobie od pierwszego wejrzenia. W tle jest oczywiście choroba i inne dramaty, które w miarę rozwoju akcji, wspólnie pokonują.

New Adult ma to do siebie, że po przeczytaniu kolejnej książki z tego gatunku, schemat staje się już dobrze znany. A chwilami nawet – nudny. Jednak Rachel Van Dyken udało się przemycić w jego obrębie coś całkiem wartościowego. Są to mądre życiowe sentencje wypowiadane przez głównego bohatera. Właściwie czytając tę książkę, musiałam mieć obok notatnik, żeby je wszystkie zapisywać.

Tym głównym bohaterem jest Weston – syn najbogatszego człowieka w okolicy, opiekun roku i najlepszy rozgrywający w historii uniwersytetu (zapomniałam jakiego, ale w sumie nie ma to większego znaczenia). Jest chodzącym ideałem, ale nikt nie wie, że w rzeczywistości ciężko choruje i nie ma gwarancji, ile tygodni/miesięcy/lat mu jeszcze zostało. 

Przypadkowe spotkanie Westona z Kiersten, zalęknioną studentką pierwszego roku, zmienia życie obojga. Kiersten zrozumie, że musi zacząć żyć i przestać obwiniać się za śmierć rodziców. A Weston odnajdzie w sobie nowe pokłady nadziei i siły do walki z chorobą. Czy jednak szybkie młodzieńcze zakochanie się jest lekiem na wszystkie problemy tego świata?

Podobnie jak w innych książkach z tego gatunku, i tu na uwagę zasługują drugoplanowi bohaterowie. Nie da się nie lubić szczególnie Gaba, wytatuowanego kuzyna współlokatorki Kiersten, który okazuje się prawdziwym przyjacielem w każdej sytuacji lub wujka JoBoba, który namawia główną bohaterkę do szaleństw na studiach. A także Lisy, która zabawnie komentuje „idealność” Westona.

„Utrata” jest napisana dużą czcionką i posiada dużo dialogów, co sprawia, że czyta się ją wyjątkowo szybko. To książka do pochłonięcia w maksymalnie dwa wieczory. Mimo że trochę zabrakło mi w całej historii głębi, za dużo było chwilami patetyzmu i dramatyzmu, a przede wszystkim strasznie rozczarowało mnie banalne zakończenie, to jednak doceniam pozytywne przesłanie książki i jej ważną misję. Jak napisane jest w końcowych podziękowaniach, dochód z jej sprzedaży ma pokryć koszty leczenia prawdziwego JoBoba – kochanego wujka autorki „Utraty”, który zmaga się z rakiem. 

* Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Michalinie, autorce bloga „Książkowy świat”, która mimo że organizowany przez nią Book Tour z „Utratą” został zakończony, była tak miła i przesłała mi jeszcze książkę do przeczytania. :-)

Ulubione cytaty: 

„Ludzie wierzą, że mają wpływ na to, co im się przytrafia, gdy tak naprawdę… życie biegnie własnym torem i czasami jest za późno. A czasami za wcześnie. (…) Możesz przeżyć tak całe życie, wierząc, że kontrolujesz to, nad czym nie masz absolutnie żadnej kontroli. Zamiast skupiać się na tym, co mogłaś zrobić w przeszłości, skup się na tym, co możesz zrobić teraz”. 

„Nie można czegoś robić, nastawiając się na porażkę. Sam strach wcale nie jest taki zły”.

„Życie nie jest sprawiedliwe, ale to, jak je przeżyjemy, to właśnie jest cudowne. To dar. A każdy dar jest inny, każda ścieżka jest inna. Ta z jakiegoś powodu jest nasza i im szybciej się z tym pogodzimy, tym szybciej przestaniemy płakać i zaczniemy żyć”.

„Czas płynie tak szybko – moje ciało to czuje, moja dusza tego nienawidzi, a serce pęka każdego dnia”.

„Czasem mamy wrażenie, że Bóg postawił na nas krzyżyk, gdy tak naprawdę daje nam drugą szansę”. 

„Możesz nie dostrzegać każdego fragmentu układanki, która tworzy twoje życie, możesz nie zauważać każdego ruchu wielkich szachistów, ale pamiętaj, że to On przez cały czas kontroluje grę. Czasami niektóre elementy zostały przestawione lub usunięte, żeby zrobić miejsce dla nowych. Czasami świat, w którym żyjemy, sprawia, że wokół nas dzieją się różne rzeczy. Ale w końcu wszystko układa się tak, jak powinno”. 

Tytuł: „Utrata”      
Autor: Rachel Van Dyken          
Wydawnictwo: Feeria Young  
Data wydania: 4 lutego 2015         
Ilość stron: 300  
Moja ocena: 6,5/10

piątek, 6 listopada 2015

Przygody niezwykłych bohaterów - Paweł Maj


Wieki nie czytałam żadnej bajki, ale na propozycję zrecenzowania „Przygód niezwykłych bohaterów” przystałam bardzo chętnie. Powód był prosty - nie są to zwykłe bajki, ale bajki terapeutyczne. Postanowiłam sprawdzić, o co w tym chodzi. :-)

Okazało się, że bajki terapeutyczne są po to, by pomóc dzieciom w pozbyciu się ich lęków. Dzięki nim dziecko może się wyciszyć, uspokoić i zmierzyć z danym problemem. A wszystko to poprzez czytanie historii postaci, które przeżywają podobne rozterki.

W „Przygodach niezwykłych bohaterów” każdy ma jakiś problem do rozwiązania. Owieczka Wikiwełnuś ma iść do przedszkola, ale boi się, że rodzice ją tam zostawią. Rodzina Ślimaka Winicjusza przeprowadza się z dala od jego kolegów, dlatego Ślimak martwi się, że będzie tęsknił, nie zdoła się odnaleźć w nowym miejscu i ogólnie „świat zawali mu się na różki”. Z kolei Maciuś boi się ciemności, więc dziadek opowiada mu historię o miłym, puszystym Strachu.

Paweł Maj w przystępny sposób i za pomocą przesympatycznych postaci, omawia też inne istotne dla dzieci tematy. Wśród nich znajdziemy między innymi: adopcję dziecka, wczesne kładzenie się spać, podróże, wizyty u lekarza oraz szanowanie zabawek. Dużym ułatwieniem dla rodziców (i zapewne też dla pedagogów), jest omówienie w spisie treści, jakiego konkretnego problemu bajka dotyczy.

Wszystkich historyjek jest dziesięć. Są krótkie i ciekawe, a co najważniejsze mają bardzo pozytywne przesłanie. Czytanie ich, zarówno w przypadku dzieci, jak i dorosłych, zdecydowanie poprawia humor. Dodatkowym plusem są też urocze ilustracje Anny Maj, które ubarwiają całą książkę.

Czy mogę się do czegoś przyczepić? Chyba tylko do literówek, bo niestety kilka ich znalazłam. I może do zbyt króciutkiego wydania, liczącego zaledwie osiemdziesiąt stron. Wierzę jednak, że nie jest to ostatni zbiór bajek Pawła Maja i następnym razem wyda równie dobre, ale bardziej obszerne dzieło dla najmłodszych.

Ulubiony cytat: 

„Najważniejsze jest to, aby być razem! Wtedy każde miejsce jest tym właściwym.”

Tytuł: „Przygody niezwykłych bohaterów”      
Autor: Paweł Maj          
Wydawnictwo: Novae Res  
Data wydania: 2015         
Ilość stron: 82 
Moja ocena: 7,5/10

środa, 4 listopada 2015

Huczmiranki. Eukaliptus i werbena - Agata Mańczyk


„Huczmiranki” od razu przykuły moją uwagę pośród październikowych premier. Ładna okładka, zapowiedź porywającej sagi rodzinnej rozgrywającej się na przestrzeni 100 lat oraz historie trzech kobiet z trzech pokoleń – to wystarczyło, żebym miała pewność, że muszę przeczytać tę książkę.

W praktyce wyszło jednak jak zawsze i szumne zapowiedzi przyniosły lekkie rozczarowanie. Wierzę, że Agata Mańczyk jest świetną autorką. W końcu pisze z sukcesami nie od dziś, a jej książki dla dzieci i młodzieży cieszą się dużym powodzeniem. Jednak tym razem coś poszło nie tak…

To, co miało być porywającą sagą rodzinną, okazało się smutną historią bardzo nieszczęśliwych i zgorzkniałych kobiet. A pojawiające się elementy magiczne zostały potraktowane tak pobieżnie, że właściwie do końca nie mogłam rozgryźć, o co dokładnie chodzi. Czy Huczmiranki są alchemiczkami, wróżkami, a może czarownicami? Tego się nie dowiedziałam.

Wiadomo za to, że są kobiecym rodem, który posiada silną moc zapachu. Nie są ludźmi, żyją około 160 lat, a ich głównym celem jest przetrwanie i spłodzenie kolejnych silnych potomkiń. Ale uwaga - mogą to zrobić jedynie z odpowiednimi mężczyznami, wyznaczonymi im przez matki lub babki.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Opisane historie trzech młodych Huczmiranek, rozgrywające się na różnych płaszczyznach czasowych, łączy jedno. Wszystkie zakochują się w nieodpowiednich kandydatach, co sprawia, że pragną wieść życie inne od swoich poprzedniczek. Czy jednak bunt ma jakikolwiek sens, jeśli ich los jest z góry przesądzony?


Mimo moich usilnych starań, nie udało mi się polubić żadnej bohaterki. Te młode naiwnie walczyły o przegraną sprawę, a te starsze były po prostu wredne. Do tego stopnia, że aby „ocalić ród”, dążyły do poronienia jednej z bohaterek, kiedy ta zaszła w ciążę z nieodpowiednim mężczyzną, podczas gdy inną prawie wykluczyły z rodu za małżeństwo z miłości i – o zgrozo – urodzenie syna.

Również opisywane moce bohaterek nie były silną stroną powieści. Miałam wrażenie, że w elementach magicznych zabrakło… magii. Umiejętności władania zapachami przez Huczmiranki zostały sprowadzone do lakonicznych zdań, typu: „W powietrzu unosił się zapach rozgrzanego tłuszczu i rumianku”; „Nad jej głową delikatnie wirował zapach konwalii i czosnku”; „Poczułam zapachy mięty, melisy, rumianku i odrobiny miodu”…

Nie lubię pisać źle o autorach i książkach, ale zakładając bloga obiecałam sobie, że zawsze będę szczera. Niestety, w „Huczmirankach” nie znalazłam ani charakterystycznych postaci (a wręcz kolejne kuzynki o podobnych imionach: Melisa, Milada, Marina, stale mi się myliły), ani rozbudowanego opisu tła historycznego, ani ciekawych elementów z zakresu fantastyki i magii. Co więc znalazłam? Na pewno dobry, oryginalny pomysł na fabułę, który mam nadzieję, w kolejnych częściach zostanie bardziej dopracowany. 

Tytuł: „Huczmiranki. Eukaliptus i werbena”     
Autor: Agata Mańczyk         
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 
Data wydania: 7 października 2015        
Ilość stron: 458  
Moja ocena: 4/10